Dawno, dawno temu…

…zdarzyło się bowiem, że o pewnym deszczowym zmierzchu dotarł do domu Czarodziejki strudzony wędrówką człowiek. Wszystko co posiadał, mieściło się w dużej, skórzanej torbie i w kieszeniach przepastnego, czarnego płaszcza. Twarz pokrytą miał licznymi bruzdami, zmarszczkami, włosy rozmierzwione i lekko posiwiałe, a skórę na dłoniach suchą i twardą. Spod potarganych brwi błyszczały ciepłe, miodowe oczy. Miał zostać niedługo, jedynie by zebrać siły i ruszyć ponownie przed siebie. Znalazł sobie swój mały kąt przy kominku i przypatrywał się czarodziejskim opowieściom, od czasu do czasu wtrącając własne uwagi i opowieści z dalekiego świata, całkiem różnego od tego, w którym żyła Czarodziejka.
Czas mijał, a oboje bardzo się do siebie przywiązali. Nadszedł jednak dzień, w którym Wędrowiec znów musiał ruszyć w drogę. Nie wiedział dokąd idzie ani po co. Nazywał tę swoją wędrówkę życiem i choć była ona trudna, nieprzewidywalna, wierzył, że bez niej ludzka istota nie jest w stanie pojąć sensu własnego istnienia; że postawienie kroku za próg domu pozwala poznać istotę człowieczeństwa oraz uzdrawia duszę, jeśli jest chora więzieniem strachu. Nie ma jednak od tej wędrówki odwrotu. Kto się raz jej podejmie, musi w niej wytrwać. Czarodziejka bardzo kochała swoje miejsce na ziemi, ale nie chciała za nic w świecie rozstać się z Wędrowcem. Pragnęła także dać zadość swej ciekawości oraz pragnieniu poznania… Zdobyła się więc na odwagę i postanowiła mu towarzyszyć. Ruszyli zatem oboje wraz ze świtem, obiecując sobie, że gdy ich wędrówka dobiegnie końca, powrócą do Domu na Wzgórzu.