Blog Foto Bajki

Boskie słodziaki i nieboskie fotografy

Tegoroczny sezon foto powoli dobiega końca. Świąteczną przerwę zaplanowałam m.in na zamianę komputera i wszelakich cyfrowych wyświetlaczy na książki. Poza tym przygotowuję fotograficzną niespodziankę, aby od stycznia lub lutego móc ją Wam przedstawić. 🙂
W mijającym roku powstało zdjęć znacznie więcej niż kiedykolwiek sobie wyobrażałam, że mogę zrobić… Ale także bardziej niż kiedykolwiek nie mogę i nie jestem w stanie być z nimi na bieżąco. Był taki moment, że cieszyłam się z jako takiego zorganizowania, ale ostatecznie musiałam pogodzić się z faktem, że od tej chwili zdjęcia nigdy się nie skończą. NIGDY. Nawet jeśli pojawia się okienko, nie mam już wówczas ani siły, ani ochoty, aby podejść do czegoś bardziej indywidualnego, “mojego”. Stąd plan na wyżej wspomnianą foto niespodziankę. Chcę stworzyć odrobinę przestrzeni tylko dla siebie, która mogłaby w jakiś sposób połączyć zdjęcia dla ludzi i zdjęcia dla mnie. Mam nadzieję, iż wyjdzie z tego coś ciekawego.

Mam też multum przemyśleń na temat pracy fotografa zawodowego. Zastanawiam się czy warto w ogóle o tym pisać, ponieważ branża fotograficzna wydaje mi się być jedną z najbardziej schizofrenicznych. Oznacza to, że wszystko, co mogę tutaj napisać, może okazać się dla Ciebie nieprawdą. W każdym razie poradniki pt. “Jak zarabiać na fotografii” lub “Jak zostać fotografem ślubnym” moim zdaniem nie tylko nie omawiają tematu w stopniu podstawowym, ale wręcz zręcznie omijają najpoważniejsze problemy. Jednym z nich jest zupełna nieczytelność danych potrzebnych np. do pomysłu na strategię marketingową lub samej pracy z klientem. Jeśli chodzi o twarde (choć przybliżone) dane, można posługiwać się choćby narzędziami google czy facebooka. Ale to za mało. Narzędzia te (już same w sobie stworzone wyłącznie po to, żeby na Tobie zarobić) w działaniu określają jedynie to, co moglibyśmy nazwać “średnią krajową”: wiemy jaka jest, ale nie oznacza to, że w takim samym stopniu dotyczy każdego. Bardzo trudno jest wobec tego podjąć jakieś konkretne działania, które przybliżą nas do celu. Możemy mieć np. problem z ustaleniem, jak skonstruować ofertę, aby była odpowiednia dla klienta z naszej okolicy. Mamy już pewne dane, ale ostatecznie okazują się one nie być wystarczające. Próbujemy więc szukać ich od wewnątrz, nawiązując kontakty z kolegami i konkurencją, ale okazuje się, że to także nie pomaga. Nawiasem mówiąc jest to jedna z tych rzeczy w fotografii zawodowej, która mnie złości: brak obiektywnych faktów. Kiedy chcesz kupić kurtkę, idziesz do kilku sklepów, porównujesz ceny, jakość i ostatecznie wybierasz najlepszą dla siebie. W fotografii tak nie jest. Nie istnieje żadna, choćby najpośledniejsza porównywarka ani wiarygodne źródło informacji. Do tego (i to już jest bardziej problem klientów) większość fotografów ukrywa swoje ceny. Argumenty padają różne, ale żadne mnie ostatecznie nie przekonały. Postanowiłam wrzucić cennik publicznie. Doszłam bowiem do wniosku, że skoro chcąc np. wymienić oponę, otrzymam na stronie internetowej warsztatu informację o cenie usługi, to dlaczego nie miałoby tak być w przypadku fotografa? Czym w tym aspekcie różni się praca fotografa od pracy mechanika samochodowego? Sytuacja obecnie przypomina trochę kanał TVP. Codziennie informują nas za jego pośrednictwem, że Polska ma się lepiej. Tymczasem rzeczywistość wokół nie jest już taka różowa, ale twórcy programu (fotografowie) wciąż upierają się, że tak jest. Dlaczego? Czyżby zwyczajnie wstyd im powiedzieć, że jest ciężko, że nie osiąga się wymarzonych zarobków, że nie jest łatwo w ogóle obsłużyć polskiego klienta? Nie wiem. Nie lubię też ironicznego dystansu (dla mnie to zwyczajne chamstwo i traktowanie swojej pracy jak wymuszonego wyrobnictwa), jakiego używają zawodowi fotografowie wobec klientów. Oczywiście w swoim gronie. Gdyby młode pary mogły jednak poczytać przeróżne zamknięte grupy dyskusyjne, wielu fotografów nie miałoby pracy… Polak to trudny klient, fakt, ale nawet to nie powinno umniejszać szacunku wobec niego.

Fotograf to absolutnie wolny zawód, regulowany równie wolnym rynkiem. Niektórzy jednak widzieliby go jako coś w rodzaju związku zawodowego, elitarnego kręgu, aby nie stwarzać sobie nawzajem konkurencji (no i przy okazji nadąć swoje ego, a jakże 😉 ). Obecnie nie da się tego w żaden sposób osiągnąć, stąd frustracja. Sądzę jednak, że szczerość, otwartość pomogłyby nieco przewietrzyć ten segment, uświadamiając choćby nowym chętnym, że nie jest to obrazek rodem z luksusowego bloga life style. Jest to branża wymagająca ogromnej cierpliwości, samozaparcia, dobrego kontaktu z drugim człowiekiem. Może wówczas nie wszyscy by tak ochoczo do niej wchodzili. Wielu bowiem z takich nuworyszy zostaje na pewnym poziomie, przyzwyczajając klientów do złych nawyków, tworząc przy tym korek rozwojowy rynku oraz etykietkę fotografa ślubnego jako buraczanego kotleciarza. Widziałam takich osobiście, nie tylko z kategorii fotografii czy wideofilmowania. Poziom ich pogardy wobec klientów (a więc i swojego zawodu) zniesmacza. Naprawdę, Kochani, jest dużo innych, być może fajniejszych zajęć na świecie niż kotleciarstwo. Nie musicie za każdym razem żalić się w internetach lub (o zgrozo) obsłudze wesela, że klient jest burak, ma głupie wymagania, nie docenia Waszego talentu i nie rozróżnia zdjęć fajnych od niefajnych. 😉 Jeżeli nie macie szacunku do swojej pracy, to nie możecie oczekiwać, że inni będą go mieli wobec Was. Wybierzcie coś, co będzie Wam sprawiało satysfakcję i uśmiechajcie się do ludzi szczerze.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zadziwia w tej robocie. Mianowicie to, dlaczego coraz większa liczba fotografów zawodowych (podkreślam zawodowych, nie amatorów) posiada wyłącznie konto w serwisach społecznościowych? Wyłącznie. Abstrahując od tego, iż przeglądanie tam zdjęć jest irytujące, do tego w żaden sposób nie da się ich obecnie tak skonfigurować, aby pokazywały 100% jakości uzyskanego materiału. Zrozumiałe jest, że obecnie jeśli nie ma Cię na facebooku, to nie istniejesz… ale facebook pewnego dnia zmieni się lub skończy (zresztą już teraz widać pierwsze oznaki zjadania swojego ogona). Jestem z pokolenia, które widziało różne dziwne ewolucje pod kątem społeczności w internecie. Były czaty, irce, komunikatory, grona, fora, wszelakie “spacy”, nasze klasy… różne rzeczy. Ewoluowały, zmieniały się i znikały. Są to rzeczy wybitnie nietrwałe, ponieważ bazują na ciągłej zmiennej w postaci potrzeb i trendów u ludzi. Budując swoją markę/firmę wyłącznie w takim miejscu to, moim zdaniem, budowanie fundamentów na piasku. Z czym zostaną ci ludzie nie mając oszczędności w postaci swojej strony internetowej, bloga, zaplecza stacjonarnego? Nie mam pojęcia i w sumie niewiele mnie to powinno obchodzić, ale jednak zadziwia. Tym bardziej, że aktywność większości zgromadzonych tam ludzi polega na udostępnianiu fotek albumowych, memów i linków. Facebook próbuje z tym walczyć, zmieniając choćby ciągle algorytm wyświetlania, ale moim zdaniem na dłuższą metę to nie pomoże. Serwis społecznościowy to po prostu zawsze będzie wirtualna knajpa, niezależnie od formy. Uwielbiam siedzieć w knajpie na pogaduszkach, ale czasem trzeba z niej wyjść i trochę popracować. 🙂

Ostatnio uparłam się, żeby zdobyć biedronkowego słodziaka. Nigdy bym nie pomyślała, że na starość coś takiego mnie chwyci, ale jak zobaczyłam liska Lucka w koszu już wiedziałam, że musi być mój. Seria świeżaków mnie kompletnie nie ruszyła, ale słodziaki to co innego. 😀 A więc grzecznie zaczęłam zdobywać naklejki. Trochę to trwało, bo w Biedronce nie robimy jakichś większych zakupów, ale udało się. Tuż przed końcem promocji odebrałam swojego wymarzonego Lucka! Uczucie zupełnie bezcenne. Przypominało trochę zbieranie kolorowych karteczek z notesików na wymianę w szkole. 😀

Jechaliśmy sobie pewnej nocy samochodem (uwielbiam nocne przejażdżki w towarzystwie dobrej muzyki i świateł) i dyskutowaliśmy na elektryzujący, teologiczny temat: czy istnieje jakiś sens w stworzeniu przez Boga człowieka? Wówczas na moment założyliśmy kreacjonizm. Leszek nie doszukuje się w ludzkim istnieniu żadnego sensu ani też nie odnajduje w życiu działania Boga. I w pewnym momencie przypomniał mi się właśnie ten mój lisek Lucek oraz uczucie, które mi towarzyszy, gdy na niego patrzę. Myślę sobie wówczas, że fajnie by było, gdyby ożył. Nie wiem w sumie z jakiego sensownego i ważnego powodu bym chciała, aby tak się stało. Ale wiem, że czułabym się szczęśliwa, gdyby nastąpiła między nami ożywiona relacja; że Lucek mógłby np. witać mnie gdy wrócę do domu, rozmawiać ze mną i przytulać się. Tak po prostu, bez przyczyny. Wtedy uświadomiłam sobie, że ta dziwna potrzeba może być w jakimś stopniu tym podobieństwem człowieka do Boga; że pewnego razu Bóg stworzył człowieka albo inny tam pierwiastek i pomyślał, że cudownie by było, gdyby to ożyło, rozwijało się, ewoluowało i miało z Nim relację.
– To mnie przekonuje – uśmiechnął się Leszek. I na tym zakończyliśmy. 🙂

Zdjęcie na górze to Leszkowy kadr z Festiwalu Sztukmistrzów w Lublinie. Było pięknie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *