Blog Foto Bajki

Certyfikat: “Firma godna zaufania”

Był taki czas, że niedługo po założeniu firmy telefon nie milkł. Bynajmniej nie z powodu dzwoniących nieustannie klientów. Fotografia jest jedną z usług, które bardzo intensywnie rozwijają się w internecie. Zresztą wygląda na to, że ekonomiczna przyszłość przedsiębiorców leży właśnie w tym narzędziu. O ile nie nastąpią niespodzianki.
Telefony dzwoniły o różnych porach, niestety najczęściej niezbyt wygodnych, biorąc po uwagę np. odsypianie fotografowania nocnej imprezy. Mniejsza o to. Na samym początku jest miło. Informują cię, że są firmą, znaleźli cię oczywiście w internecie (skurczybyki znajdują cię szybciej od klientów!), zobaczyli, że masz pozytywne opinie, gratulują i chcą cię za to nagrodzić. “Wow, super” – myśli ego i zaciera rączki. Potem jednak nie jest już tak fajnie. Okazuje się, że ta wspaniała nagroda to jakiś certyfikat, dyplom, odznaka, blaszka czy inny duperel, skądinąd ślicznie zaprojektowany, a żeby go otrzymać… musisz zapłacić. Nie no, serio? Mam płacić za to, że jestem dobra? To nie do końca tak. Fakt, trzeba zapłacić, ale dzięki temu znajdę się w gronie wyróżnionych, a moja śliczna odznaka, którą przypnę np. na stronie internetowej oraz miejsce w prestiżowym katalogu spowoduje, że otrzymam więcej klientów.

Zdarzało mi się bywać na pogrzebach ludzi, którzy przez całe życie pracowali na własny rachunek w rodzinnej miejscowości. Można powiedzieć, że mieli pecha, bo akurat internet nie istniał lub był na wczesnym etapie rozwoju. Nie mieli więc strony internetowej, google adwords, facebooka, coachingu. Nie było też jakichś ogólnokrajowych konkursów pt. “laur konsumenta” czy coś w tym stylu. Zaraz po ukończeniu szkoły (najczęściej zawodowej, bo studia to miało może 1% społeczeństwa) zabrali się do roboty, żeby zarobić na siebie i rodzinę, zyskać w przyszłości coś więcej, niż gdyby mieli pracować na etacie. Kredytów nie dawano, więc pomieszkiwało się w przydzielonym lokalu lub kątem u rodziny (schorowana babcia, gderająca teściowa, nadopiekuńcza matka i te sprawy). A tu przecież Polska, nie Ameryka i z której strony by się nie patrzyło – ciężko jak skurwensen. Gdy siwe włosy zaczęły wystawać z czupryny, wbijali łopatę pod fundamenty wymarzonego domu.
W ostatniej drodze życia towarzyszyło im wiele osób.
“Nie znałem go w sumie aż tak dobrze. Ale zawsze przychodziłem, gdy potrzebowałem, bo robił to dobrze i solidnie.”
“Dotrzymywał terminów. Nigdy się nie spóźniał, a jeśli to uprzedzał i nawet schodził z ceny.”
“Był uczciwy.”
“Całe życie tu pracował. Jeszcze jak byłem gówniarzem to go pamiętam.”
“Jego dzieciaki dewastowały mi ogródek. Był trochę zarozumiały. Pamiętam tę zaciśniętą pięść i zęby, żeby mu nie dowalić, gdy się mijaliśmy. Ale w mieście nie było lepszego fachowca niż on. No i uczciwego.”

Pamiętam jak pewnego wieczora przyprowadził dziadka do domu jakiś znajomy. Dziadek był już schorowany i miał zaniki pamięci. Gdyby nie ten znajomy, to nie wiadomo co mogłoby się stać. Takie czasy, że po zmroku lepiej było nie spacerować samemu po starym mieście… (Niestety tak jest i dzisiaj.)

– To co, proszę pani? Zamawiamy ten certyfikat? – pyta mnie uprzejmy ton w słuchawce.
Przed oczami mam dziadka i jego znajomego. A także tych znajomych-nieznajomych, małych i większych przedsiębiorców, których znałam i nie znałam, a których już nie ma.
– Myślę, że podziękuję. Do widzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *