Naga prawda


Bo coś w szaleństwach jest młodości,

Wśród lotu wichru, skrzydeł szumu,

Co jest mądrzejsze od mądrości

I rozumniejsze od rozumu.

L. Staff

Ostatnie tygodnie były niezwykle łaskawe jeśli chodzi o pogodę. Mamy swoje ulubione miejsca, gdzie jeszcze nie docierają tłumy ludzi niewiedzących co ze sobą zrobić podczas niedzieli niehandlowej. Można więc przycupnąć pod lasem, wdychać świeże, ostre, przedwiosenne powietrze, posłuchać szumu wody, drzew i spokojnie kontemplować akrobacje ptaków wodnych. Uwielbiam patrzeć na łabędzie. Kiedy obserwuję jak szybują unoszone przez wiatr, wzbiera we mnie tęsknota. Może podobna tej, która trawiła Tolkiena, gdy w wyobraźni mrużył oczy od rozbłysków słońca na białych skrzydłach tych ptaków krążących nad Łabędzią Przystanią w Eldamarze…

Pozwoliłam sobie troszkę poszaleć z kilkoma kadrami, które jako tako wyszły.

Tak sobie ostatnio obserwuję różne dzieci wokół mnie. Zainteresowanie to oczywiście zbiegło się naturalnie z moim obecnym stanem. Jedne wyglądają jak zahukane, dzikie zwierzątka; niemowy, z lękiem uciekające spojrzeniami. Drugie przekładają z ręki do ręki smartfony, tablety, zabawki, sprzęty. Rzucają nimi o podłogę, jak tylko coś im się nie spodoba, biegają bez celu dookoła, co rusz chwytając nowe rzeczy, by po chwili odrzucić je w akcie rozczarowania. Źrenice chodzą im jak wskazówki w coraz bardziej przyspieszającym zegarze… Niczym jakiś radiesteta (to musi być cholernie trudne zajęcie) odczuwam czasem, jak buzuje w nich energia, której nie potrafią uwolnić, opanować, oswoić. Chciałoby się je przytulić, spojrzeć w oczy, szepnąć coś czule do ucha. Ale wyrywają się. Wyrywają i biegną zderzyć się z kolejną ścianą. Patrzę na nie wszystkie i gdzieś tam rozpaczliwie, naiwnie marzę, że moje dziecko będzie choć trochę bardziej skupione, choć odrobinę bardziej zdolne do kontemplacji… choćby tych ptaków pływających po leniwej tafli jeziora. Świat wokół ma przecież tak wiele do powiedzenia…

W sumie mogłabym również pisać niekończące się potoki słów o fotografii, której blasków i cieni także doświadczam, ale nie chcę. Mam wrażenie, że temat ten wyczerpał się w taki sam sposób, jak wyczerpał się potencjał polskich mediów. A może i mediów światowych w ogóle. Nie wiem, bo nie oglądam obu zbyt często. Trwa nieustanna polaryzacja mająca na celu skłonienie odbiorcy do opowiedzenia się po którejś ze stron. I tak, pomiędzy tym wszystkim, natrafiam na prostą piosenkę, w której klipie matka z dziewczynką idą sobie przez las, oglądają krajobraz, kwiatki, pszczółki… Takie proste nic, o niczym nadzwyczajnym. Nie ma tam ani prawicy, ani lewicy. Nie słychać nic o faszystach, gejach, mowie nienawiści, brexicie, nietolerancji, seksualizacji itp. itd. A mimo, że próżno tam znaleźć tematy, które wg. mediów są najistotniejsze i powinny nas interesować najbardziej, odczuwam całą sobą, że właśnie nad tym prostym, kiczowatym obrazkiem z klipu pochyla się cały wszechświat. Tak, jakby miał zupełnie w dupie nasze super ważne problemy egzystencjalne…

Prawda jest prosta. A zatem delikatna, nieuchwytna, nie do ogarnięcia przez tych, dla których wszystko musi być skomplikowane. Można ją łatwo rozpoznać po tym, że serce samo się do niej rwie, jak głodny do miski ryżu, choć nie potrafi wyjaśnić, dlaczego… Prawda jest jak światło, które przenika przez nas i czyni przezroczystymi. Ilekroć ją poczuję, wraca do mnie tęsknota za jakimś mitycznym Edenem, gdzie mogłabym sobie dreptać nago, bez wzbudzania w kimkolwiek niesmaku czy pożądania. Nigdy wcześniej nie rozumiałam tego odczucia, łączyłam go raczej z buntem przeciwko fałszywej pruderii. Tymczasem chodziło o coś innego. O to, że w momencie gdy pada na mnie to światło prawdy, mogę być sobą. Nie jestem bowiem w stanie założyć żadnej maski. Przez wiele lat bałam się, że jak zobaczę siebie w tym świetle, to się przerażę, znienawidzę albo w ogóle utracę swoją tożsamość. Kreowałam więc usilnie jakąś nową, “swoją”. Tymczasem stało się zupełnie odwrotnie. Nigdy nie czułam się szczęśliwsza i bardziej wolna niż wtedy, gdy zobaczyłam siebie naprawdę. Jak to wygląda na zewnątrz, w oczach innych – nie wiem i nie ma to dla mnie znaczenia. “O, jaka infantylna dziewczynka. Jak pozna życie, to dorośnie.” Dość często to słyszałam w swoim życiu, a nawet był czas, iż w to wierzyłam i robiłam wszystko, żeby “dorosnąć”. To był jednak zły czas. Sądziłam wówczas, że jasność i ciemność są dwiema stronami tego samego medalu (coś jak w tym znaczku yin i yang) i że będę musiała się z tym pogodzić, a tym samym zdusić w sobie to dziwne pragnienie, które od czasu do czasu cichutko kwiliło we mnie. Ale to nieprawda. Gdy się w końcu wychodzi z ciemności to już się wie, że jest ona niczym. Ostatecznie większym lub mniejszym deficytem światła. W ciemności nie można siebie zobaczyć prawdziwym. Można jedynie wierzyć w iluzje o sobie, w cienie… nic więcej.

Pamiętam, jak wiele lat temu chciałam zrobić sobie tatuaż. W zasadzie trudno to było można nazwać tatuażem…. chodziło o jakiś napis na nadgarstku, którego dziś dokładnie nawet nie pamiętam. “Jesteś piękna, dlaczego chcesz się oszpecić?” mówił wówczas Leszek. Nie odbierałam tego w ten sposób. No i nie wierzyłam w to, co mówił o mnie. Zdumiewające, jak łatwo w ciemności uwierzyć w negatywne opinie o sobie, a odrzucać te dobre… Niemniej obecnie cieszę się, że jednak tego nie zrobiłam. Patrząc, jak moje ciało się zmienia, jak rośnie i kwitnie w nim nowe życie, cokolwiek na nim wydałoby mi się dzisiaj szpetne. Nawet najbardziej piękne i estetyczne dzieło sztuki zakryłoby obecnie w moich oczach moje własne piękno. Dzięki temu mogę przeglądać się w lustrze bez żalu lub odrazy. Nieważne, że za moment będzie inaczej, że pojawią się jakieś fałdy, rozstępy itp. niedoskonałości ciała. Odkąd zaakceptowałam prawdę o sobie, wszystko to stanie się moim wymarzonym tatuażem, dodatkowym brylantem w biżuterii; naturalną, materialną emanacją tego, kim jestem.

I tak sobie trwam w tym poczuciu, teraz jakby jeszcze mocniej. Nie wiem, może to biologia wspomaga, wpływ jakichś hormonów, nie wiem… Nie badam tego. Nie szukam informacji, nie staram się wyjaśniać. Po prostu biegnę w to, rozpościeram ręce i garnę do siebie z radością. Wszystko smakuje inaczej, intensywniej, mocniej… Czuję się zupełnie sobą. Naga, przezroczysta, ale szczęśliwa. Nawet jeśli ten stan minie, wspomnienie o nim będzie jak zapasowa bateria, jak koło ratunkowe, jak widok białych wybrzeży Eldamaru, który tak wiele razy uratował mnie przed wpadnięciem w czarną otchłań pustki.